Szłam skrótem do domu przez małe uliczki Marco Island. Mieszkałam tam od dziecka i znała miasto jak własną kieszeń więc teraz gdy szłam wpatrzona w książkę moje stopy same odnajdywały drogę.
Przerzucałam kartkę za kartką śledząc tekst moje krótkie blond włosy co jakiś czas wpadały mi na twarz przez powiewy ciepłego wiosennego wiatru. Pomimo, że wiedziałam iż twardo stąpam po ziemi myślami byłam gdzieś daleko, a dokładniej w Labiryncie Dedala i patrzyłam jak Percy, Ann oraz Rachel przechodzą przez niego. Czytałam tę książkę już chyba molinowy raz kochałam historie o herosach pióra Ricka Riordana, a gdy je czytałam zatracałam się w nich całkowicie nic nie było w stanie mnie od nich oderwać aż do ostatniej strony.
Nagły podmuch lodowatego wiatru wyrwał mnie z zamyślenia. "Strona 231 pamiętaj" upomniałam się w myślach zamknęłam książkę. Stanęłam. Cofnęłam się 5 kroków. Lodowaty wiatr dochodził z ciemnej uliczki, była bardzo wąska z rynn pomimo pięknej pogody kapały krople wody były tam także balkony pomiędzy którymi zostały przewieszone linki na pranie tak jak to robiono dawno temu, nawet w niektórych miejscach nadal wisiały jakieś koszule. Pomimo tego, że zdrowy rozsądek na nakazywał mi ruszyć znanym szlakiem nogi same ponosiły mnie w mrok. Przycisnęłam książkę do piersi i nasłuchiwałam.
Odskoczyłam tak szybko, ze wpadłam z impetem na ścianę.
- To tyko szczur - odetchnęłam z ulgą widząc stworzonko lekko popiskujące przy śmietniku.
Przeczesałam palcami włosy i ruszyłam dalej. Bałam się, bogowie tak się bałam, co chwila odskakiwałam lub zatrzymywałam się słysząc jakiś szelest. Gdy nagle wielki cień przeleciał mi nad głową usiłowałam sobie wmówić, że to tylko jakiś ptak. Niestety myliłam się... Przede mną jak znikąd pojawił się mężczyzna w czarnym garniturze, oczy przysłaniały mu przeciw słoneczne okulary, a lekko kręcone brązowe włosy opadały na twarz, ruszył w moją stronę. Chociażbym nie wiem jak chciała się poruszyć nie mogłam, moje nogi były jak z ołowiu.
- Witaj - jego głos brzmiał jak syknięcie węża - dziwi mnie, że tak mądra półbogini dała złapać się w pułapkę - serce biło mi tak mocno ze strachu, że byłam pewna iż to słyszy.
Nagle zmienił swoje oblicze i prawie dostałam zawału, on nie był człowiekiem... zamiast nóg miał węży ogon, ślepia jak u gadów i język przecięty na pół. Niewiele myśląc puściłam się pędem w znane mi doskonale strony lecz potwór nie chciał zgubić swojej ofiary i podążył za mną. Poczułam się jak mała szara myszka którą gonił kot lub wąż których na Florydzie aż się roiło.
Nie byłam dobrą biegaczką wolałam czytać więc ścięgna już po 15 minutach zaczęły mi płonąć, ale nie zwalniałam adrenalina w moim ciele pozwalała mi biec dalej cały czas słyszałam jego syczenie za sobą i zdawało mi się, że jest coraz bliżej. Dostrzegłam znajomą mi ulice Wintergreen Ct czyli już tylko jedna przecznica dzieliła mnie od domu.
Nie było sąsiadów, ale jak mieli by być o tej porze?! Była dopiero 12, a wszyscy pracowali. Gdy wpadałam w zakręt na ulice Greenbrier St prawie się nie wywróciłam.
Stanęłam przed domem nr. 56 i zaczęłam przeglądać klucze co chwile oglądając się gdzie jest łowca. Widziałam go, sunął w moją stronę jakby kosztując się każdą sekunda mojego strachu. W końcu odnalazłam właściwy klucz i szybko wsunęłam do zamka. Wpadłam do domu i w ostatniej chwili zatrzasnęłam drzwi na klucz. Cała drżałam, osunęłam się na kolana opierając plecy o drzwi. Słowo jakim minie określił nadal dźwięczało mi w uszach i dopiero teraz zdałam sobie sprawę o co chodziło z "półbogini"... czyżbym była herosem?
Nie to nie możliwe przecież świat opisany przez Ricka to tylko świetna książka fantasy...